Uff... wiem, że po takiej nieobecności zwykłe "cześć" brzmi dziwnie. Nie planowała się tłumaczyć, ani opisywać, co robiłam jak mnie nie było, ale dwa słowa wyjaśnienia się pojawią. Byłam na wakacjach, później odcięło mnie od internetu, następnie byłam chora, a kiedy już czułam się dobrze - wiecie, jeśli coś odkłada się w nieskończoność, im później, tym trudniej zacząć to robić. Tak też jest ze mną i w sunie już dobrych kilka dni temu mogłabym spokojnie wrócić do blogowania, bo i czas i chęci były, ale jakoś tak...
Aż dzisiaj porządnie zatęskniłam za Wami i w końcu się przełamałam. Na początek moja wakacyjna walizka (kosmetyczna) - co zabrałam ze sobą na urlop i jak te cosie się sprawdzały?
Na początek kilka słów o idei, która przyświecała mojemu pakowaniu się. Jestem dość leniwa, pakować się nienawidzę, bo zawsze mam wrażenie, że o czymś zapomniałam, czegoś nie zabrałam i chodzę później, myślę i ogólnie szlag mnie trafia. Tym razem nie było inaczej i pakując kosmetyki kierowałam się prostą zasadą - im mniej, tym lepiej. Brzmi niewiarygodnie jak na kosmetoholiczkę, a jednak. Zabrała to, co potrzebne, bo na wakacjach chcę wypocząć, a testować będę w domu.
